O  tańczącym lekarzu, o urwaniu parasola, o zasadzie kukułki, o pokazie mody ciążowej, o najlepszym lekarstwie i jabłku w kształcie serca, czyli czego się można nauczyć w szpitalu.

O tańczącym lekarzu, o urwaniu parasola, o zasadzie kukułki, o pokazie mody ciążowej, o najlepszym lekarstwie i jabłku w kształcie serca, czyli czego się można nauczyć w szpitalu.

Zaliczyłam w tym roku dwa kilkudniowe pobyty w szpitalu. Szpital to miejsce, w którym nikt nie chce się znaleźć, ale czasem nie ma innego wyjścia. Ponieważ ja zawsze szukam pozytywnych stron w trudnych sytuacjach, postanowiłam, że spędzony tam czas wykorzystam konstruktywnie.

Po pierwsze poznałam wielu ciekawych ludzi i usłyszałam niesamowite historie pacjentek, które dzieliły ze mną szpitalny los. Czasem, żeby rozładować atmosferę, żartowałyśmy, że jesteśmy na koloniach. Posiłki, zabiegi, badania, odwiedziny o stałych porach i moc atrakcji dziennych i nocnych. Obchód lekarski przypominał poranny apel, a spacery po szpitalnym holu zastępowały wycieczki krajoznawcze. Obserwowałam z zaciekawieniem personel szpitala. Lekarzy, pielęgniarki, dietetyków, położne, studentów, ekipę sprzątającą. Wszyscy wykonywali swoją pracę. Jedni z sercem inni z musu. To było widać. Na ich twarzach, w ich gestach i ruchach. Była wielka różnica pomiędzy wesołą dziewczyną ze słuchawkami na uszach, zamiatającą żwawo szpitalną podłogę, a panią po pięćdziesiątce, wpadającą z gradową miną do sali o 6 rano, burczącą coś pod nosem, trzaskającą drzwiami i stukającą kijem od mopa w co się da. I nie jest usprawiedliwieniem dla niej to, że mało zarabia, albo że jest schorowana, albo że pokłóciła się z mężem. Tak naprawdę nie brakuje jej pieniędzy i zdrowia. Brakuje jej miłości do siebie i innych.

Każdy zawód i każda czynność wykonywana z miłością ma sens, daje radość i niesie rozwój. Wierzę, że tę dziewczynę ze słuchawkami na pewno ktoś doceni i dostrzeże. I być może nawet zaproponuje lepsze wynagrodzenie albo całkiem inną pracę. Nie piszę, że lepszą, bo ta praca, którą wykonuje teraz, wcale nie jest gorsza od innych i może sprawiać satysfakcję. Wszystko zależy od nastawienia do tego, co robimy i intencji jaką wysyłamy w świat.

Pamiętam położną, która wiozła mnie z sali pooperacyjnej na inną salę. Miała czarne włosy i cały czas się uśmiechała. Nie wiem, czy widok przesuwającego się nad moją głową sufitu i zakręty pokonywane w pozycji na wznak czy morfina, krążąca w mojej krwi sprawiły, że położna objawiła mi się jako anioł. Piękny czarny anioł. Jej głos był ciepły i miły. Jej intencją było mi pomóc. Wytłumaczyła mi życzliwie i dokładnie, co się ze mną dzieje, uspokoiła, pomogła.

Oprócz załogi szpitala i pacjentek poznałam też pana Braxtona-Hicksa od skurczy, pana Foley’a od cewnika i pana McDonalda od szwu okrężnego. Nie, nie, ten ostatni to nie ten od Big Maca i frytek.

Nauczyłam się wielu medycznych określeń. Można nawet powiedzieć, że od pięciu lat mam nowe zainteresowanie – położnictwo. Wiem jak włączyć drukowanie w kardiotokografie albo jak przyspieszyć kroplówkę. Niestety wiem też jak korzysta się z basenu i co czuje człowiek, który nie może wstać z łóżka. Ja nie mogłam tylko/aż dwa tygodnie. Jestem teraz wdzięczna za każdy krok, który stawiam i za każdą czynność, którą mogę wykonać sama.

Wiem, co oznacza w slangu położnych wyrażenie: „Urwanie parasola”. To sytuacja kiedy wszystkie pacjentki zaczynają rodzić w tym samym czasie. I bardzo często halny i pełnia księżyca mają w tym swój udział.

Obejrzałam pokaz mody ciążowej. Specyficzna rewia mody. W większości stroje za małe, za krótkie. Materiały grube, sztuczne i nieprzyjemne, w nadrukowane serduszka, kotki lub pieski. Apel do projektantów: kobiety w ciąży potrzebują miękkich, naturalnych, elastycznych i estetycznych ubrań i to nie muszą być worki z dziecięcymi nadrukami. Jedna z moich szpitalnych koleżanek miała super ciążowe ciuchy: wygodne wzorzyste tajlandzkie sindbady, getry catsuit z H&M i mięciutkie bawełniane, otulające ciało koszulki.

Byłam też świadkiem jak lekarz tańczył Rumbę przy łóżku pacjentki. Serio. Nie wychodził jej zapis KTG, bo dzidziuś nie wykazywał aktywności, gdyż spał. Więc ten genialny lekarz empatycznie zademonstrował pacjentce, co ma zrobić. Ujął swój brzuch w otwarte dłonie i zakołysał nim w lewo i w prawo, przestępując z nogi na nogę. Wykonał naturalny ósemkowy Cuban Motion. Spokój i ciepło z niego emanowały. Piękny widok. Uwielbiam tego lekarza i dałabym mu od razu wyższy stopień naukowy za empatię i życzliwość.

Dużo się mówi o nowatorskich badaniach, odkryciach naukowych, nowych medykamentach, a zapomina się o tym, że najlepszym lekarstwem jest życzliwość i uśmiech. To darmowy dwuskładnikowy lek. Nie sposób go przedawkować i jego stosowania nie trzeba z nikim konsultować. Jest darmowy, dostępny w każdym momencie i skuteczny. Wyobraziłam sobie właśnie jak wchodzi położna do sali. Na tacy ma pojemniczki z lekarstwami i nazwiskami pacjentek. I mówi: ”Dla pani uśmiech w pigułce, a dla pani życzliwość w iniekcji”. I podaje z uśmiechem tabletki i robi delikatnie, powoli i z wyczuciem zastrzyk. Uśmiech i życzliwość to produkty oczywiste, zwyczajne, ziemskie, naturalne i codzienne, a tak niezwykłe.

Pani dietetyczka, rozdająca posiłki, miała dla pacjentek zawsze pod dostatkiem uśmiechu i życzliwości. Nadała mi śmieszną ksywę „Pani Prociak Siedmioposiłkowa”. Bo jako przedstawicielka słodkich mam, oprócz głównych posiłków, dostawałam drugie śniadanie, ekstra surówkę i dwa podwieczorki. A błąd w nazwisku? Nie sprostowywałam, bo to mały szczegół.

jabłko w kształcie serca w szpitalu

Na walentynkowe śniadanie dostałam całkiem (nie)przypadkiem jabłko w kształcie serca. Wzruszyłam się. I odwiedziły mnie dwie najlepsze przyjaciółki. Przyniosły mi strawę dla ciała i dla ducha. Niskoglikemiczna gorzka czekolada smakowała jak nigdy, a trzy czerwone balony rozweseliły nie tylko mnie, ale też inne pacjentki i lekarskie grono na obchodzie.

wielka magia elizabeth gilbert w szpitalu

Przeczytałam „Wielką Magię” i bardzo spodobała mi się myśl Elizabeth Gilbert, którą nazwałam Zasadą Kukułki, czyli 4xKU: „Ku światłu, ku radości, ku zdrowym relacjom, ku miłości”. Chodzi o to, by zrozumieć i zaakceptować swoje cierpienia i lęki, ale nie dać się im obezwładnić. Trzeba odwrócić po prostu od nich uwagę i skierować myśli ku dobrym rzeczom. „Energia podąża za uwagą” – powiedziała kiedyś moja znajoma. Dostajemy to, w co wierzymy, o czym myślimy.

Jeśli skupimy się na plusach, minusy znikają. A nawet jeśli nie znikają, to można łatwo z dwóch minusów zrobić plus, prawda? Piszę to przekornie, ale po to byśmy szukali rozwiązań.

Narzekanie, umartwianie się i użalanie się na swój los w niczym nie pomaga. Elizabeth Gilbert napisała to w kontekście twórczości. Ale według mnie, ma to przełożenie na całe życie.

Kiedy więc nadejdą czarne chmury (czytaj. wyzwania, przeszkody do pokonania), pamiętajmy o kukułce, zwanej niekiedy gżegżółką lub zazulą i zwróćmy się „ku światłu, ku radości, ku zdrowym relacjom, ku miłości”. Wtedy wzniesiemy się wyżej. Tam gdzie nie ma już chmur. Czy wiedzieliście, że na pewnej wysokości nie ma chmur? Bądźcie ponad. Ponad chmurami.

I to jest właśnie to, co pomogłoby pani sprzątającej. Kukułka w jej sercu wniosłaby światło i radość do jej życia.

Pomyślałam teraz, że chciałabym mieć zegar z kukułką. Widziałam kiedyś taki w salonie Oskara Bachonia w Krakowie. Zachwyciłam się tym miejscem i czekając na strzyżenie cyknęłam fotkę. Zegar z kukułką jest na tym zdjęciu w prawym górnym rogu.

w szpitalu zegar z kukułką Oskar Bachoń

Taki zegar to przecież fantastyczne narzędzie, żeby wyrobić w sobie nawyki np. nawyk stosowania Zasady Kukułki. Co godzinę mały ptaszek przypomina Ci o skierowaniu myśli „ku światłu, ku radości, ku zdrowym relacjom, ku miłości”. Celowo powtarzam to wyrażenie w każdym akapicie (jak kukułka :) ), żeby się utarło, wbiło w pamięć, przeniknęło do podświadomości. W powtarzaniu tkwi moc.

I w „Wielkiej Magii” jest moc. To książka terapeutyczna. Niezwykła. Pokochałam ją i pokolorowałam całą. Wyróżniłam wiele wartościowych zdań perełek. Zrobię niedługo osobny wpis, żeby podzielić się tymi odkryciami. Mam swoje osobiste kryterium wartości książki. Im bardziej jest popisana tym lepsza. Z biblioteki szkolnej wypożyczałam zawsze lektury najbardziej zniszczone, z zapiskami na marginesach, pozaginanymi rogami, z tajemniczymi karteluszkami w środku. I dokładałam swoje :)

Wiąże się z tym pewna historia. Otóż, kiedy byłam w pierwszej klasie podstawówki, to były czasy kiedy dzieci dostawały książki ze szkoły. Ponieważ ja byłam pilną uczennicą z wzorowym zachowaniem, to panie dawały mi nowe książki. A urwisy dostawały podniszczone egzemplarze, popisane, pobrudzone przez uczniów poprzednich roczników. I wiecie co, ja marzyłam, żeby dostać taką książkę z historią. Jak się ma taką nową, to potem nie wypada zwracać jej w gorszym stanie, ale jak jest już sfatygowana, to nikt nie zauważy paru nowych rysunków czy podkreśleń, prawda?

Ale „wróćmy” do szpitala. Na koniec chcę Wam zdradzić najcenniejszą lekcję jaką stamtąd wyniosłam:

Po powrocie jeszcze bardziej doceniam uroki dnia codziennego i zachwycam się zwykłymi rzeczami: słońcem, niebem, powietrzem, wodą w kranie, korkiem na ulicy, ulewnym deszczem, błotnistą kałużą, kukułką w zegarze, wycieraczką koleżanki… Świat jest taki piękny!

W szpitalu człowiek uczy się cieszyć małymi rzeczami. Wycieraczka mojej koleżanki.
Wycieraczka mojej koleżanki, która umie się cieszyć małymi rzeczami.

Pozdrawiam wiosennie! Kuku, Kuku! :)